Pokazywanie postów oznaczonych etykietą JJ Field. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą JJ Field. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 20 lipca 2015

* 12. I dobre chwile są, a serca nasze powtarzają wciąż...

I dobre chwile są, a serca nasze powtarzają wciąż...

Odkąd przyjęłam pod swój dach pana Bingley’a minął tydzień. Od razu następnego dnia udałam się do administratora budynku, spytać czy mogę zatrzymać u siebie psa i czy nie będzie to dla niego jakiś kłopot, jednak gdy tylko weszłam do jego mieszkania, zrozumiałam, że raczej nie będzie z tym problemu. Mianowicie żona administratora, sama hodowała niezliczone ilości kotów. Z uśmiechem na ustach powiedziała, że jej męża niestety nie ma teraz w domu i kazał mi się nie martwić. Zapewniła mnie, że jakby co przekona go, by zniósł ten głupi zakaz. Podziękowałam jej i z uczuciem ulgi wyściskałam starszą kobietę.
Teraz mogłam legalnie trzymać u siebie Bingley’a, co spowodowało u mnie taką radość, że gdy tylko weszłam do mieszkania, uściskałam serdecznie czworonoga. Od tamtej pory moje życie stało się jakieś radośniejsze. Głównie zabierałam go ze sobą do pracy i tam w przerwach bawiłam się z nim. Po powrocie do domu, od razu chwytał w zęby smycz i zmuszał mnie do spaceru, a nocą zawsze wskakiwał do mojego łóżka, grzejąc mi nogi. Musiałam przyznać, że wyrwał kawałek mojego złamanego serca dla siebie, zaleczając odrobinę miłosne rany.
Mężczyzna, którego spotkałam w sklepie nie odzywał się. Trochę bałam się, że któregoś dnia będzie czekał na mnie pod budynkiem, lecz szczęśliwie nic takiego nie nastąpiło.
Nieco zaskoczona spojrzałam na wyświetlacz komórki. Tak bardzo się zamyśliłam, że nie zauważyłam nadchodzących wiadomości.
Rano zadzwoniłam do przyjaciółki z prośbą, czy mogę zostawić u niej Bingley’a. Musiałam ją o to poprosić, ponieważ dzisiaj, nie mogłam go zabrać ze sobą do gabinetu. Miałam sporo umówionych wizyt psich pacjentów, a nie chciałam by zwierzęta pogryzły się ze sobą. Wolałam tego uniknąć. Susan, ku mojej wielkiej uldze, zgodziła się zostać z Bingley’em. Odkąd go u niej zostawiłam, parę razy do mnie dzwoniła z jakimiś niedorzecznymi pytaniami typu: „Patrzy na mnie i piszczy, co ja mam zrobić?”. Niestety musiała sobie dać radę beze mnie. Ostatecznie za pół godziny kończę pracę, więc to nie jest zapewne sprawa życia lub śmierci, która nie może zaczekać.
Gdy ostatni pacjent wyszedł ściągnęłam fartuch i krzycząc na pożegnanie Dorothy, wybiegłam jak burza chcąc jak najszybciej zobaczyć się z moim psem.
Mój pies… To wspaniałe, że spotkałam go wtedy. Zwierzę chociaż chwilami pozwalało mi zapomnieć. Wystarczyło przytulić się do miękkiej białej sierści, by zapomnieć o wszystkich troskach. W drodze przypomniałam sobie o nieodczytanej wiadomości od Sue.
- Co? – Szepnęłam, czytając kilka słów, które napisała mi przyjaciółka. Dla pewności odczytałam je na głos. – Czekam na ciebie w parku, tam gdzie zwykle. Przyjdź najszybciej jak się da!
   Nie miałam czasu by jej odpisać, prawie biegiem puściłam się w kierunku parku. Może rzeczywiście stało się coś strasznego. Miałam nadzieje, że nie zgubiła mojego Bingley’a inaczej będę musiała ja zabić. Co gorsze znowu zostałabym całkiem sama, a tego nie mogłabym znieść.
Wbiegłam do parku jak szalona strasząc gołębie. Ptaki z piskiem rozleciały się na wszystkie strony. Dysząc, zaczęłam rozglądać się za Susan, jednak nie mogłam jej nigdzie dostrzec. Podbiegłam do miejsca, gdzie zwykle rozkładałyśmy koc i spanikowałam. Nie było jej tutaj! Trzęsącymi się dłońmi próbowałam wydobyć telefon z kieszeni spodni kiedy nagle znieruchomiałam.
Kilka metrów dalej, w alejce, dostrzegłam postać w czarnym dresie, która przechadzała się trzymając w ręce smycz… z moim psem!  Posturą sporo przewyższała Susan, więc to na pewno nie była ona. Szybkim krokiem ruszyłam w tamtą stronę. Niestety kaptur na głowie, uniemożliwiał mi identyfikacje, lecz to na pewno był mężczyzna.
- Co pan robi z moim psem! – Krzyknęłam, na co stanął w miejscu, lecz się nie odwrócił. – Masz mi oddać pana Bingley’a ty wstrętny...
W takich chwilach mówi się, że cały świat wali się na głowę. Dlaczego teraz?
Przede mną stał nie kto inny, tylko Tom. Wpatrywałam się w niego jakby nie istniał. Czy ja czasem nie zwariowałam? Nie, to na pewno nie on… Zwidy zdarzały mi się dość często w tym miesiącu, jednak żadna nie była aż tak wyraźna.
- Christien…
Omamy słuchowe? Nigdy! Wyciągnęłam dłoń i ściągnęłam mu kaptur. Szybko cofnęłam rękę i odsunęłam się o kilka kroków. Zwid nie zniknął, co oznaczało, że to naprawdę był Thomas. Był jeszcze przystojniejszy niż go zapamiętałam. Ściął odrobinę włosy, co nadało jego twarzy młodszego wyglądu, a oczy… zwykle błyszczące z rozbawienia teraz patrzyły na mnie z powagą. Moje serce zabiło mocniej, jakby obudziło się z długiego snu, w kącikach oczu pojawiły się łzy. Nie chciałam znów przez to przechodzić.
- Niech mi pan odda psa.
Nakazując wyciągnęłam dłoń po smycz, jednak nie zrobił ani kroku. Dlaczego się tu zjawiłeś? Po co znów chcesz mącić w moim życiu?
- Tak bardzo za tobą tęskniłem…
Chciał się do mnie zbliżyć, lecz odsunęłam się, co zmusiło go do porzucenia tego zamiaru.
- Tęskniłeś?! – Wykrzyczałam, nie zwracając uwagi na ludzi, którzy przyglądali się nam ciekawie. Miałam gdzieś co sobie o mnie pomyślą. – Od prawie dwóch miesięcy czekam na jakąkolwiek wiadomość od ciebie! Cała w nerwach, boje się czy aby ci się nic nie stało, zamiast spać płaczę w poduszkę, myśląc że już nigdy cię nie zobaczę, a ty zjawiasz się nagle w moim życiu i znów przewracasz je do góry nogami! Co ty tu w ogóle robisz i skąd masz mojego psa?
- Od Susan. Prosiłem ją by napisała do ciebie tego smsa. Sam chciałem do ciebie zadzwonić, ale… bałem się, że nie będziesz chciała ze mną rozmawiać i…
- Miałeś rację, nie chcę!
            Umysł nakazywał mi wiać jednak ciało… moje ciało mnie zdradzało. Marzyłam by przytulić się do jego piersi, znów poczuć na wargach jego namiętne pocałunki, chciało być znów kochane…
- Chris… kochanie… - Niewiele myśląc, wtuliłam się z jego ramiona. Tak bardzo tego pragnęłam, wręcz musiałam to zrobić, zanim by zniknął po raz kolejny. Przytulił mnie do swe piersi i głaskał po głowie. Nie mogłam już dłużej powstrzymywać cisnących się do oczu łez. Rozpłakałam się na dobre, mocząc mu przy tym bluzę. – Pewnego wieczoru, gdy wracałem z planu, ukradziono mi samochód.
- Co to ma z tym wspólnego?!
Thomas ze wszystkim szczegółami opowiedział mi o całym zajściu. Gdy zobaczył, że jego wóz został skradziony, przypomniał sobie, że w środku była także komórka. Wraz z samochodem, stracił nie tylko komórkę, ale także wszystkie numery telefonów. Niestety nie miał pamięci do numerów, przez co nie mógł oddzwonić.
Spojrzałam na niego sceptycznie, marszcząc przy tym brwi. Nie wiedziałam czy uwierzyć w jego historie, ostatecznie mógł ją wymyślić na poczekaniu.
- Dobra… - Wyciągnął z kieszeni telefon i przyłożył go do ucha. Nie miał tej samej komórki, co w ośrodku, więc albo miał drugą, albo mówił prawdę… - Mamo? Mogłabyś opowiedzieć, co zdarzyło się z moim samochodem?
Odsunął aparat od ucha i kliknął przycisk, przez co mogłam usłyszeć kobietę na głośniku.
- Ale powiedz mi synku, spotkałeś się już z Christien?
Z zaskoczenia pisnęłam patrząc na niego szeroko otartymi oczyma. Powiedział o mnie mamie?
- Proszę, po prostu to zrób…
Kobieta zaczęła opowiadać. Po kilku zdaniach zdałam sobie sprawę, że mówił prawdę. Wzięłam od niego telefon i przerwałam połączenie. Było mi wstyd, że mu nie uwierzyłam, lecz miałam swoje powody. Uśmiechnęłam się delikatnie.
- Christien, kocham cię i już nigdy nie zostawię cię na tak długo.
- A kiedy wracasz do Anglii?
- Nie wracam. – Uśmiechnął się szelmowsko, wyciągnął dłoń i stuknął palcem w mój nos. – Jakiś tydzień temu kupiłem mieszkanie w Brooklynie i znalazłem korzystną ofertę pracy w tutejszym teatrze, więc Anglia mnie nie potrzebuje.
- Tom…
Przyciągnął mnie do siebie, sprawiając jak za dotknięciem magicznej różdżki, że poczułam się fantastycznie. Jak ja tęskniłam za tymi wspaniałymi ustami. Zarzuciłam mu ramiona na szyje, przyciągając jego głowę bliżej, by pogłębić pocałunek. Och, Tom, mój kochany Tom…
Po kilku chwilach Thomas przerwał pocałunek i spojrzał mi prosto w oczy.
- A czy ty Chris… - Zauważyłam, że zagryza usta z nerwów. – Czy ciągle mnie kochasz?
- Najgorsze w tym wszystkim jest to, że ciągle cię kocham, ty podły draniu!
Ponownie złączyliśmy swe usta w namiętnym pocałunku, jednak nie na długo. Pan Bingley szczeknął niecierpliwie i zaczął szarpać za smycz.
- Tom… Chyba pan Bingley czuje się zazdrosny.
Zachichotałam i odsunęłam się odrobinę. Wyciągnęłam w jego stronę dłoń, którą pochwycił bez namysłu. Trzymając się za ręce spacerowaliśmy po parku.
- Tak właściwie… - Odezwał się po paru minutach Thomas, obejmując mnie ramieniem. Do mojej duszy znów powrócił spokój. – To dlaczego nazwałaś psa – Pan Bingley?
Spojrzałam z uśmiechem na ukochaną twarz. W sumie nie wiedziałam dlaczego to zrobiłam, choć podświadomie…
- No bo… Chyba nie umiałabym pokochać nikogo innego prócz Bingley’a
Tom roześmiał się głośno, a zaraz potem i ja do niego dołączyłam.
- Och Chris…
Wieczorny Brooklyński wiatr, obok śpiewu ptaków i głośnych, samochodowych klaksonów, niósł także i nasz śmiech. Zapowiedź tego, co jeszcze nas czekało, a także potwierdzenie, że prawdziwa miłość, o której zawsze marzyłam w końcu i mnie spotkała…     




The End

poniedziałek, 13 lipca 2015

* 11. Jest tyle ciepła w nas…

Jest tyle ciepła w nas…

- Pamiętaj, że zawsze możesz ze mną pogadać. – Susan uścisnęłam mnie na pożegnanie i wsiadła do samochodu. Odprowadziłam ją na sam dół. – Trzymaj się Chris!
Razem z Vincentem pomachali mi i odjechali. Objęłam się ramionami i zadrżałam z zimna. Lato powoli się kończyło i wieczory już nie były tak ciepłe. Usiadłam na kamiennych schodach i zapatrzyłam się w niebo. Nie chciałam wracać do pustego mieszkania.
Dziewczyna o imieniu Kate, pracująca w pizzerii naprzeciwko zasunęła żaluzje i zamknęła sklep. Na chodniku czekał na nią chłopak. Para objęła się ramionami i pomaszerowała w stronę skrzyżowania. Jak to miło popatrzeć na zakochanych – pomyślałam. Młodzieniec przypominał mi Toma… Szczerze powiedziawszy prawie każdy mężczyzna mi go przypominał. Kilka dni temu o mało co, nie rzuciłam się na faceta przy kasie w supermarkecie, myśląc, że to on. Jednak w porę odwrócił się w moją stronę, nieświadomie ratując mnie przed kompromitacją.
Przesunęłam dłonią po ustach, chcą przypomnieć sobie smak jego warg, czułość z jaką mnie całował. Zamknęłam oczy i niemal natychmiast ujrzałam przed oczami znajomą twarz, cudowny uśmiech i te przenikliwe niebieskie oczy…
 Uchyliłam powieki jednak zaraz potem ponownie je zamknęłam. Dzisiaj jest ostatni dzień… Ostatni, w którym trzymam twój obraz w pamięci, od jutra zaczynam nowe życie.
Oparłam głowę na kolanach i oddałam się wspomnieniom. Moje usta rozciągnęły się w uśmiechu, a policzki zmoczyły się łzami. Przechodzącym ludziom musiałam wyglądać na jakąś dziwaczkę, lecz miałam to w nosie. Ostatecznie słyszałam ich kroki, lecz żaden z przechodniów nie zwolnił, nie zatrzymał się. To była Ameryka i nikogo tu nie obchodziło czyjeś życie. Z jednej strony była to zaleta, z innej wada. W tym konkretnym momencie nie miałam ochoty na rozmowę z kompletnie nieznajomym mi człowiekiem, więc cieszyłam się z powodu tej małej prywatności.  
Nie wiem ile siedziałam na tych schodach. Czas przestał jakby dla mnie istnieć, kiedy nagle poczułam na policzku mokry język i gorący, niezbyt przyjemny oddech. Podniosłam głowę i z zaskoczenia pisnęłam. Tuż obok mnie siedział duży, biały pies z wywalonym na wierzch językiem. Po jednym spojrzeniu na jego brudną i zaniedbaną sierść stwierdziłam, że pies był bezdomny. Jednak zwierzęta nie są głupie, jak niektórzy sądzą i zwłaszcza takie jak ten, nie ufają ludziom i raczej nie zbliżają się do nich. Wyciągnęłam dłoń i pogłaskałam go delikatnie. Kiedy czworonóg wyciągnął łebek, widocznie zadowolony z tej pieszczoty, już bez strachu przygarnęłam go do siebie.  
- Co tu robisz piesku? – Podrapałam go za uchem. Skołtuniona sierść, tworzyła na jego pyszczku nieprzyjemną kulę. Z pewnością jakiś drań wyrzucił go, ponieważ zwierzę podrosło i już nie było szczeniakiem. Na oko stwierdziłam, że ma nie więcej niż półtora roku. – Czy tobie też ktoś złamał serce?
Zwierzak zaszczekał i zamerdał ogonem. Podniosłam się i chwyciłam za klamkę, co zwierzak natychmiast wykorzystał, wbiegając na klatkę schodową. Pognałam za nim, chcąc go jak najszybciej złapać. Niestety w mojej kamienicy nie wolno było trzymać zwierząt i strach pomyśleć co by się stało, gdyby administrator zauważył, że mam w mieszkaniu psa. Nie byłam zbyt dobra w bieganiu, więc zostałam sporo z tyłu za uciekinierem. Kiedy ciężko dysząc, wdrapałam się na swoje piętro, zauważyłam, że zwierzak siedzi na mojej wycieraczce jakby na mnie czekał.
- A tak, węch…
Chwyciłam go za zniszczoną obroże na szyi i już miałam go wyprowadzić z budynku, gdy moje spojrzenie spotkało się z jego błagalnym wzrokiem. Duże czarne oczy patrzyły na mnie przenikliwie, przez co poczułam się najgorszym człowiekiem na świecie. Westchnęłam kilka razy i opuściłam ramiona w geście rezygnacji.
- Ale pamiętaj, że to tylko jedna noc!
Pchnęłam drzwi wpuszczając go do środka. Zaszczekał radośnie i prawie od razu wskoczył na sofę.
- Och, nie! – Pisnęłam, szybko do niego podbiegając. Zepchnęłam go z sofy i pociągnęłam do łazienki. Odkręciłam kurek, a wanna zaczęła wypełniać się wodą. – Jeśli chcesz spać na kanapie musisz się wykapać kawalerze! 
Po użyciu dużej ilości szamponu, wyczesaniu i wycięciu wszystkich kłębów sierści, nie mogłam zrozumieć, jak jego pan mógł go tak po prostu wyrzucić. Piesek był po prostu uroczy. Jeszcze nie był kompletnie suchy, ale prezentował się całkiem dobrze i nie jedna rodzina chciała bym mieć takiego psiego przyjaciela.
Szczek i dziwne figury, które wykonywał, miały mnie zachęcić do gonitwy. Nie mogłam się przed tym powstrzymać i już po kilku sekundach goniłam go po całym mieszkaniu śmiejąc się głośno. Kiedy opadłam zmęczona na kanapę, zauważyłam, że pies ma bardzo widoczne żebra. Złapałam się za głowę myśląc że jak ja mogłam tego wcześnie nie zauważyć. Zegar ścienny wskazywał 22 co oznaczało, że najbliższy otwarty sklep jest trzy przecznice stąd. Nie wiele myśląc wyciągnęłam z portfela parę banknotów i wcisnęłam je do kieszeni dżinsów. Narzuciłam na siebie płaszcz i wybiegłam z mieszkania.
            Ameryka nocą nie jest wcale taka przyjazna, jakby się zdawało za dnia. Wszędzie kręciło się sporo dziwnych typków i podejrzanych, wymalowanych kobiet. Nie lubiłam wychodzić po zmroku, lecz nie miałam wyjścia, nie mogłam pozwolić by biedny zwierzak umarł z głodu.
Kiedy pociągnęłam za uchwyt wejścia do sklepu, doszło do mnie, że wcale nie musiałam wychodzić. Z kolacji została spora część kurczaka, więc mogłam mu go dać. No nic, jeśli już tu dotarłam, wypadałoby coś kupić. Minęło kilka minut zanim znalazłam odpowiedni dział. Czytałam etykiety w poszukiwaniu najodpowiedniejszej, kiedy usłyszałam za sobą męski głos.
- Ta karma nie jest zbyt dobra. - Odwróciłam się zaskoczona, upuszczając puszkę na podłogę. Przede mną stał młody mężczyzna w okularach. Ciemne włosy i oczy tego samego koloru patrzyły na mnie z rozbawieniem. Schylił się, podniósł upuszczoną przeze mnie karmę i odstawił ją na półkę. – Zaraz wybiorę dla pani coś dobrego.
Chwile przyglądał się puszkom, gdy po chwili wziął jedną, prawie najdroższą i wręczył mi ją do rąk.
- Dziękuje. – Przyjęłam ją i wrzuciłam jeszcze kilka puszek do koszyka. Mężczyzna ciągle nie odchodził tylko lustrował mnie wzrokiem, co mnie trochę peszyło. – Jest pan bardzo miły, dziękuje.
- Jestem Thomas. – Powiedział i wyciągnął w moją stronę dłoń. Moje serce na chwile stanęło, a w ciele zebrał się dziwny strach. Odwróciłam się i czym prędzej chciałam od niego uciec. Dotarłam do kasy i zaczęłam wykładać puszki na ladę, kiedy mnie dogonił. – Nie chciałem cię przestraszyć.
- Nie przestraszyłeś. – Wręczyłam sprzedawcy pieniądze, po czym chwyciłam torby. Mężczyzna podążył za mną do wyjścia i odtworzył przede mną drzwi. Kolejna rzecz, która go z nim łączyła. Prosiłam w myślach Boga, by poszedł sobie jak najdalej stąd. – Jestem po prostu uczulona na to imię.
Pokiwał głową i wyrwał mi z dłoni zakupy. W pierwszej chwili się przestraszyłam myśląc, że jest jakimś złodziejaszkiem, lecz kiedy zobaczyłam, że patrzy na mnie w oczekiwaniu, ruszyłam w stronę domu. Niech cię szlag, przeklęty dżentelmenie!
- Możesz mnie nazwać inaczej. – Zaproponował po chwili. – Na imię Joseph nie jesteś uczulona?
Roześmiałam się, z tej nagłej propozycji. Nigdy nie odprowadzał mnie nieznajomy, więc ta sytuacja była trochę nietypowa i mi obca, lecz nawet… miła.
- A więc drogi Joe… Kim ty jesteś?
            Przez całą drogę do mojego domu rozmawialiśmy. Tho… Joe okazał się być bardzo miłym mężczyzną i do tego, tak jak ja, był weterynarzem. Był także strasznym gadułą, co mi wcale nie przeszkadzało, po kilku minutach drogi poznałam cały jego życiorys. Nie wiedziałam skąd ten koleś się urwał, lecz byłam szczęśliwa, że się do mnie przyczepił, pod moją kamienicą stała grupka jakiś meneli, którzy z pewnością by mnie zaczepili, gdybym wracała sama. Przed drzwiami odebrałam od niego moje siatki i już chciałam odejść, gdy złapał mnie delikatnie za ramię.
- Bardzo miło mi się z tobą rozmawiało, Christien.
- Ty też okazałeś się dobrym towarzyszem.
- Czy moglibyśmy się kiedyś spotkać w innym miejscu niż ulica i sklep nocny? – Spojrzałam na niego ciekawie, zastanawiając się czy aby się nie przesłyszałam. Ten facet proponuje mi randkę? – Znaczy chodzi mi o to… Umówisz się ze mną Christien?
Propozycja randki była kusząca. Mężczyzna był nawet przystojny, lecz nawet przez chwile jego głos, czy twarz nie wydała mi się interesująca. Owszem, był bardzo przystojny, lecz z przykrością musiałam stwierdzić, że absolutnie nic mnie w nim nie pociągało. Był jakby całkowitym przeciwieństwem mojego Toma.
- Jesteś naprawdę bardzo miły, ale nie mogę się z tobą umówić.
- Dlaczego?
- Przeżyłam ostatnio rozczarowanie i nie jestem gotowa, by się z kimś spotykać.
- Czy to ten… inny Thomas?
- Do widzenia!
Czym prędzej schowałam się za drzwiami. Dlaczego ten koleś musiał być taki upierdliwy? Nie patrząc czy sobie poszedł, ruszyłam na górę.          
Kiedy wróciłam do domu z naręczem siatek z psią karmą, czworonóg rzucił się na mnie, prawie mnie przewracając. Zaśmiałam się i rozejrzałam po pomieszczeniu, szukając jakiś rozwalonych rzeczy, lecz nic takiego nie dostrzegłam. Ruszyłam w kierunku kuchni by rozpakować zakupy, kiedy to poślizgnęłam się na świeżej kałuży wody i runęłam na podłogę. Puszki rozsypały się po podłodze, powodując straszny huk. Psiak natychmiast wykorzystał to, że nieco w szoku leżałam na podłodze, podbiegł do mnie i polizał mnie po twarzy. Po raz pierwszy od miesięcy roześmiałam się głośno. Podnosząc się ciągle nie mogłam powstrzymać śmiechu. Nie wiarygodne! – Pomyślałam. – Strzaskanie sobie tyłka o panele wprawiło mnie w tak dobry humor.
Nałożyłam sporą ilość karmy do miski i położyłam na podłodze. Pies rzucił się na jedzenie, jakby od wielu dni nic nie jadł. Usiadłam na krześle i przyglądałam się jak powoli brązowa papka znika z naczynia.
Gdy w pokoju zadzwonił telefon zerwałam się z miejsca. Niestety to tylko Dorothy.
- Co tam?
- Już się o ciebie bałam! – Krzyknęła, w jej głosie faktycznie było słychać przerażenie. – Dzwonie do ciebie już po raz setny! Gdzieś ty była?!
- Wyszłam do sklepu.
- O tej porze?! Dziecko a jakby cię ktoś napadł i… coś ci zrobił?
- Musiałam kupić karmę dla psa.
- Przecież ty nie masz psa… - Jej krzyki zmieniły się w spokojny szept. Spojrzałam na czworonoga, który właśnie wszedł do pokoju i usiadł koło mojej nogi, wylizując pyszczek. A więc postanowione. – Kupiłaś sobie psa?
- Raczej przygarnęłam…
Po odpowiedzeniu na jeszcze kilka jej pytań odłożyłam słuchawkę i usiadłam na kanapie. Poklepałam miejsce koło siebie, zwierzak nie wahając się ani chwili wskoczył na mebel i położył swoją głowę na moim udzie. Pogłaskałam jego już suchą sierść.
- Trzeba cię jakoś nazwać przystojniaku. – Postanowiłam, że psiak pozostanie ze mną, przynajmniej do czasu, aż nie znajdę dla niego domu, więc trzeba było mu nadać jakieś imię. Myślałam intensywnie nad jakimś psim imieniem, jednak w głowie miałam tylko jedno. Z uśmiechem pokręciłam głową. Przecież nie mogłam nazwać psa jego imieniem. Zaraz potem wpadło mi do głowy coś innego. – Może pan Bingley?
Pies nie protestował. Wiedziałam, że nie powie mi nie, pewnie nawet nie rozumiał tego, co do niego mówiłam.
- A więc, panie Bingley… Od tej pory postaram się kochać pana całym sercem i troskliwie się panem zajmować. – Całym sercem? Wątpiłam, by została tam jakaś cząstka nie zajęta przez Thomasa Blake’a. - Poza tym jestem weterynarzem, więc nie myśl kawalerze, że ominie cię jakakolwiek szczepionka.


poniedziałek, 6 lipca 2015

* 10. I co czujesz wiem i tak mnie wzrusza to…

I co czujesz wiem i tak mnie wzrusza to…

Postukałam nerwowo w wyświetlacz telefonu. Kilka razy tego dnia odblokowywałam go, sprawdzając, czy nie przegapiłam jakiejś wiadomości lub połączenia. Niestety niczego nie dostałam. Z słabym uśmiechem spojrzałam na tapetę, cudowne niebieskie oczy wpatrywały się we mnie, jakby też mnie widziały.
Skarcając się w myślach, odłożyłam telefon do torebki i powróciłam do pracy. Nie możesz o nim ciągle myśleć, to cię doprowadzi do szaleństwa! Masz jeszcze kilka zamówień na lekarstwa i szczepionki do wypisania! Położyłam dłonie na klawiaturze laptopa, lecz po kilku napisanych słowach, zamknęłam go ze złością. Podeszłam do okna i wyjrzałam na ruchliwe ulice.
Od naszej angielskiej przygody w rezydencji Collinsów minęło półtora miesiąca. Thomas dzwonił do mnie po kilka razy dziennie, zwykle popołudniami i wieczorami. Nasze długie rozmowy, prawie nie miały końca. Byłam szczęśliwa, że choć przez głośnik mogę usłyszeć jego głos. Jednak ten czas nie trwał długo. Od 32 dni nie dostałam od niego żadnej wiadomości. Kiedy po kilku dniach w końcu się przełamałam, i zebrałam w sobie dość odwagi, sama zadzwoniłam jednak jego telefon ciągle nie odpowiadał. Nie wiedziałam jak sobie to tłumaczyć. Przez pierwsze tygodnie jego milczenia, jeszcze miałam w sercu nadzieje, że w końcu oddzwoni, lecz dzisiejszego dnia, gdy usłyszałam, że „numer nie istnieje” całkowicie zwątpiłam w to, że kiedykolwiek się jeszcze odezwie.
Tak bardzo chciałam, by moja historia skończyła się happy end’em, lecz nic z tego. Z ociąganiem po raz kolejny siadłam przed komputerem. Dobrze, że chociaż Sue się udało…
Następnego dnia, po naszym przyjeździe, pan Darcy rzeczywiście zjawił się pod domem Susan. Co mnie zdziwiło przyjaciółka wraz z Vincentem odwiedziła mnie któregoś dnia, dziękując mi za… w sumie nie wiedziałam za co. Teraz, z tego co wiedziałam, spotykali się. Byłam bardzo zadowolona z ich szczęścia. To było takie magiczne, móc zobaczyć tak wielką radość na twarzy przyjaciółki. Chyba po raz pierwszy była aż tak zakochana.
Mój telefon pisnął, oznajmiając mi, że mam nową wiadomość. Rzuciłam się do telefonu, jakby od tego zależało całe moje życie. Z rozczarowaniem zauważyłam tylko wiadomość od Sue. Przebiegłam wzrokiem tekst i ponownie wrzuciłam telefon na dno torebki.
- Skarbie, a ty jeszcze tu siedzisz? – Dorothy stanęła w drzwiach gabinetu ze szczotką i wiaderkiem z wodą. Jak zwykle wybrała sobie najodpowiedniejszy moment na sprzątanie. – Nie idziesz do domu?
- Za chwilę pójdę…
- Jutro sobie popracujesz. - Kobieta podeszła do mnie i znienacka zamknęła laptopa. – Idź do domu… Może on…
Jak mogłam opowiedzieć tej kobiecie o Tomie! Teraz prawie codziennie mi o nim przypominała i ta sprawa zaczęła mnie denerwować jeszcze bardziej. Dzisiaj jednak z tym koniec, już nie ma go w moim życiu i muszę jak najszybciej się z tym pogodzić i zapomnieć.
- Nie Dorothy. On nie… Już nie… - Powiedziałam smętnie i chwyciłam torbę, prawie zdzierając z siebie fartuch. – Wybacz, ale Susan przyjdzie do mnie dzisiaj na kolację, a muszę jeszcze coś ugotować.
- Ale Chris…
- Do widzenia Dorothy!
  
* * *

Siedziałam zasępiona, wpatrując się w piekarnik. Miałam nadzieje, że Vincent lubił kurczaka, bo nic innego nie udało mi się kupić. Zegarek wskazywał siódmą więc za chwile powinni się zjawić.
Byłam zadowolona, że chcieli mnie odwiedzić. Może choć przez chwile uda mi się zapomnieć o tym ciążącym bólu, może dzisiaj nie wyleje litra łez, co zdarzało się prawie co wieczór od miesiąca. Po tej przykrej sytuacji z Rose, zbliżyłyśmy się z Sue, co mnie bardzo cieszyło. Moje życie byłoby wspaniałe w każdym calu, gdyby nie…
Pokręciłam głowa odpędzając natrętne myśli. Dlaczego nie umiałam o nim zapomnieć? Od kiedy po raz ostatni usłyszałam jego zachrypnięty i zmysłowy głos, minęły prawie dwa miesiące, a ja wciąż miałam go w głowie. Nie dawał mi spokojnie myśleć, pracować, zasypiać… Złamane serce, odebrało mi całą radość z życia.
Dzwonek wyrwał mnie z zamyślenia. Zsunęłam się z kuchennego krzesła i przeszłam do salonu. Kiedy stanęłam przed drzwiami, wzięłam kilka głębokich wdechów i powtórzyłam sobie swoją nową mantrę.
- Zapomnieć… Musisz zapomnieć…
Tak, z pewnością musze o nim zapomnieć, lecz to nie jest wcale takie łatwe.
Ze sztucznym uśmiechem na ustach, chwyciłam za klamkę i powitałam moich gości. Susan, w pięknej fioletowej sukience i wysoko upiętych włosach, wyglądała prześlicznie. Chociaż odkąd była…zakochana, nawet w starych dżinsach i podkoszulku wyglądała pięknie. Wysoki mężczyzna, który z nią przyszedł, także prezentował się doskonale.
- Nie jesteś zła, że wprosiliśmy się na kolację?
- Bardzo się cieszę, że przyszliście.
Przyjaciółka wręczyła mi wino i ściągnęła płaszcz. Lato się już powoli kończyło… Mężczyzna obok, także ściągnął swe okrycie i zawiesił je na haczyku. Gestem dłoni zaprosiłam ich na kanapę i wyszłam sprawdzić, czy kurczak jest już upieczony. Gdy tylko przekroczyłam próg kuchni, piekarnik zapiszczał, dając znak, że kolacja gotowa.
- Zrobiłam kurczaka. – Powiedziałam, stawiając przed nimi misę z pieczonym ptakiem. Wskazałam palcem w stronę Vincenta, chcąc się upewnić, czy aby nie wyjdzie ode mnie dzisiejszego wieczoru głodny. – Mam nadzieje, że nie jesteś wegetarianinem?
- Nie. Zjem prawie wszystko. – Pociągnął nosem, nad parującą misą i uśmiechnął się szeroko. – Szczególnie coś, co tak ładnie pachnie…
Zaczęliśmy jeść, rozmawiając przy tym na bardzo luźne tematy, taka pogawędka o niczym, za co byłam im wdzięczna. Najbardziej obawiałam się, że wspomną pobyt w ośrodku. Kilka razy widziałam, że Vincent chciał coś wspomnieć o… Thomasie, lecz w najodpowiedniejszej chwili Susan szturchała go w ramię lub sprowadzała naszą konwersację na zupełnie inne tory. Chociaż przyjaciółka miała dla mnie trochę litości…
- Christien, okłamałaś nas. – Susan stuknęła widelcem o talerz, wyrywając mnie z zamyślenia. Spojrzała na nią zaskoczona i podążając za jej wzrokiem zauważyłam, że prawie nie tknęłam swojej porcji. – Nie jesteś zadowolona, że cię odwiedziliśmy.
- Jestem bardzo szczęśliwa, że przyszliście!
Uśmiechnęłam się najszerzej jak potrafiłam, lecz ten nieszczery grymas nie przekonał przyjaciółki, która spoglądała na mnie ciekawie.  
- Vince… - szepnęła Sue i położyła ukochanemu dłoń na ramieniu. – Chciałabym sama z nią porozmawiać…
- Rozumiem… – Złożył na czole przyjaciółki delikatny pocałunek i skierował się do drzwi. – Kolacja była pyszna Christien! Kochanie, zaczekam na ciebie na dole.
Kiedy zamknęły się za nim drzwi, niemal automatycznie spuściłam wzrok z prawie, że morderczego spojrzenia przyjaciółki.
-  Gdzie jest ta Chris, którą znałam? – Kątem oka zauważyłam, że Sue zaczęła przemierzać mój salon i przyglądać się znajdującym się w nim rzeczom. Kilka dni temu usunęłam z całego domu pamiątki, które przypominały mi o ośrodku. Prawie wszystko spakowałam i wyniosłam na strych. – Wiecznie uśmiechnięta, niepoprawna optymistka i romantyczka...
- Stara Christien już nie istnieje…
Widocznie puściła moją wypowiedź mimo uszu, ponieważ nawet na mnie nie spojrzała.
- Gdy całe życie waliło jej się na głowę, ona z uśmiechem na ustach parła do przodu. Zawsze ją za to podziwiałam. Nie wiem, czy dałabym sobie radę znajdując się na jej miejscu. – Podeszła do ramki ze zdjęciem babci i potarła szklaną ramkę. – Gdy po pani odejściu została prawie całkiem sama, nie załamała się i ciężko pracowała by osiągnąć szczęście.
- Susan…
- Kiedy ponad dwa miesiące temu, zjawiła się u mnie w domu prosząc bym z nią pojechała do Anglii, zgodziłam się. Spyta pani dlaczego? – Tu zrobiła małą pauzę. – Dostrzegłam w jej oczach żar i wiedziałam, że pojedzie do obcego kraju choćby sama, by po raz kolejny spełnić swoje marzenia.
Milczałam. Chciałam dowiedzieć się do czego zmierzała i co za sobą niosła jej przemowa.
- Miała rację. W Anglii doświadczyła wielkiej miłości. Zakochała się bez pamięci w jednym Brytyjczyku, który…
- Dość! – Wrzasnęłam ze złości ciskając w nią poduszką, którą trafiłam w jej plecy. – Nie wiem do czego prowadzi ta cała twoja paplanina i nie chcę wiedzieć!
Wstałam i pobiegłam w stronę sypialni. Chwyciłam w dłonie telefon i chciałam jak najszybciej pozbyć się tej przeklętej tapety, która nie dawała mi żyć. Kiedy na wyświetlaczu wyskoczył komunikat: „plik został usunięty!”, moje serce aż ścisnęło się z bólu.
- Zmierzam do tego, że nigdy się nie załamywałaś, nigdy się nie poddawałaś, choćby życie nie wiem jak dawało ci w kość. – W drzwiach pojawiła się Susan, uśmiechnęła się do mnie lekko i wskazała dłonią na trzymaną przeze mnie komórkę. – Z czasem nie będziesz tego żałować i zapomnisz…
- Susan… - Uśmiechnęłam się do niej smutno i spojrzałam na wyświetlacz telefonu. – Nie żałuje niczego, ani jednej chwili, której z nim przeżyłam, ani jednego pocałunku…
Mówiłam szczerze. W tym właśnie momencie zrozumiałam, że to wspomnienie pierwszej prawdziwej miłości będzie mi towarzyszyło do końca życia. Nie wiedziałam, czy kiedykolwiek będę mogła pokochać kogoś bardziej, ale wiedziałam, że nigdy o nim nie zapomnę. To, że tak mnie oszukał, czy zabawił się moim kosztem, wprawiało mnie w taką złość, przez co czasami żałowałam, że w ogóle go poznałam.
- Ten telefon, to jedyna pamiątka, która mi po nim została. – Próbowałam powstrzymać cisnące się do oczu łzy z całych sił. Nie chciałam płakać przy Sue. – Nie powinnam się w nim zakochać…
- Mówiłam ci…
- Tak, mówiłaś! – Wykrzyknęłam, ciskając trzymany w dłoni telefon na łóżko. Łzy żalu, złości i bezsilności popłynęły rzewnie po moich policzkach. – A ja cię nie słuchałam, bo byłam głupia! 
- Chris, Thomas na pewno…
- Co na pewno?! Zadzwoni, napiszę?! Już nie jestem tą samą idiotką, która wierzyła, że miłość istnieje… - Wierzchem dłoni otarłam łzy i pociągnęłam głośno nosem. – A poza tym, nie chcę byś o nim wspominała.
Susan milczała. Nie wiedziałam, co o tym myśli i może lepiej by tak zostało. Mogła teraz spokojnie triumfować, bo miała rację, we wszystkim…
Usiadłam na łóżku i skryłam twarz w dłoniach. Dlaczego to musiało tak bardzo boleć? Nagle, co bardzo mnie zdziwiło, poczułam na ramionach dłonie przyjaciółki, z zaskoczeniem podniosła głowę i zauważyłam, że także i jej oczy zaszły łzami. Przytuliłam się do niej, rozpłakując się na dobre.
- Susan… - Jęknęłam, zanosząc się płaczem. Nie chciałam już dłużej hamować swoich uczuć. Musiałam wyrzucić z głowy wszystkie myśli, obawy, przeczucia. Kiedy już wylałam wszystkie żale, a moje oczy nie mogły już wycisnąć ani jednaj łzy, oderwałam się od przyjaciółki i spojrzałam na nią z wdzięcznością. – Nie potrafię o nim zapomnieć. Tak bardzo go kocham…


poniedziałek, 29 czerwca 2015

* 9. Lubię dłonie twe i uśmiech i twój wzrok…

Lubię dłonie twe i uśmiech i twój wzrok…

Następnego ranka wstałam sama, bez pomocy służącej. Przetarłam dłońmi twarz i spojrzałam tęsknie na suknie, którą miałam na sobie wczorajszego wieczora. Niestety teraz już nie byłam panną Bennet, a zwyczajną Christien Rain…
Wstałam i udałam się do łazienki. Wróciłam już umyta i z naręczem moich rzeczy. Wrzuciłam je do walizki i to samo, zrobiłam ze wszystkim innymi śladami mojej obecności w tym pokoju. Założyłam na siebie zwiewną, letnią sukienkę i przeczesując włosy dłonią po raz ostatni przyjrzałam się wystrojowi. Z pewnością będę za tym tęsknić.
Chwyciłam walizkę i wyszłam. Jeszcze chwile, a rozpłakałabym się jak bóbr, czułam nieprzyjemne ściskanie w sercu, gdy mijałam piękne korytarze rezydencji.
- Panno Christien! – Pani Collins stała przy swoim gabinecie, wspierając się ramieniem o framugę drzwi. – Jest już pani gotowa do drogi?
- Tak. – Odrzekłam, wskazując dłonią na trzymaną przeze mnie walizkę. Chociaż tej zakręconej kobiety nie będzie mi brak. – Czekam tylko na przyjaciółkę.
Pokiwała wolno głową w zrozumieniu i szerzej otworzyła dębowe wrota.
- W takim razie zapraszam na krótką rozmowę.
Z mieszanymi uczuciami weszłam do pokoju i usiadłam na starym, lecz bardzo dobrze utrzymanym krześle. Z zaciekawieniem spojrzałam na kobietę, chcąc się dowiedzieć o czym to niby miałyśmy rozmawiać. Ta jednak nie śpieszyła się z tym, zrobiła kilka rundek po pokoju, popijając swój ulubiony trunek. Chrząknęłam delikatnie, udając kaszel.
- Czy jest pani zadowolona z pobytu w naszym ośrodku?
- Oczywiście…
Uśmiechnęła się, patrząc na mnie szklanymi oczyma. Ta kobieta powinna się wstrzymać z piciem chociaż dzisiaj.
- A czy była pani zadowolona z dobranego mężczyzny?
Zadowolona? Mało powiedziane… Jak na XIX- wiecznego dżentelmena, zachowywał się zbyt współcześnie.
- Pan Bingley doskonale spełnił swoją rolę. – Spuściłam wzrok na biurko. Nawet, jeśli ta kobieta by nie zauważyła, że kłamię, nie mogłam jej spojrzeć w oczy. – Czy to już wszystko? Zapewne Susan już na mnie czeka…
- Niech pani poprosi swoją sio… przyjaciółkę do mnie.
Skinęłam jej jedynie głową i jak najszybciej wyszłam. Z pewnością nie będzie mi jej brak!
Przy drzwiach spotkałam Sue, przekazałam jej słowa Collins, po czym wyszłam na zewnątrz. Nie chciałam już patrzeć na rezydencję. Im dłużej tu pozostanę, tym ciężej przyjdzie mi ją opuścić. Najważniejsze jednak to uśmiech – Pomyślałam, przybierając pogodny wyraz twarzy.
Moja komórka zapiszczała wyrywając mnie z zamyślenia. Roześmiałam się serdecznie, widząc nadawcę wiadomości, otworzyłam ją i przeczytałam krótką notkę: „Już za tobą tęsknie…”
- Tom ty głupku… - Szepnęłam i wystukałam szybko smsa. Westchnęłam, wrzucając telefon do torebki. – Żegnaj okresie regencji…

* * *
    
Powrót do domu był bardzo przyjemny. Gdy tylko wysiadłam z taksówki, wzięłam głęboki oddech, wdychając charakterystyczne, bostońskie powietrze. Jak cudownie być znowu w domu. Ten, kto wymyślił to przysłowie, miał stu procentowa rację, najlepiej we własnych czterech ścianach.
Idąc po schodach spotkałam swych zaprzyjaźnionych sąsiadów, którzy powitali mnie radośnie. Na zaproszenie ich do siebie było już stanowczo za późno, a poza tym chciałam wziąć prysznic i na spokojnie się rozpakować, dlatego zaprosiłam starsze małżeństwo na następny dzień.
Otwierając drzwi modliłam się, bym tylko nie zastała mojego mieszkanka splądrowanego, jednak gdy zapaliłam światła odetchnęłam z ulgą, wszystko było tak jak to zostawiłam.
Wyciągnęłam telefon i wystukałam smsa do Toma, że już dotarłam do domu. Niemal natychmiast odpisał, jakby czekał na moją wiadomość. Nasza sms’owa rozmowa przeciągnęła się na dwie godziny. Gdy zaczęłam ziewać, napisałam ostatnią wiadomość, życząc mu dobrej nocy, chociaż nie wiedziałam, która godzina mogłaby być w Anglii, mój mózg był tak wyczerpany, że nie miałam sumienia go męczyć liczeniem godzin.
Słaniając się na nogach, postanowiłam odłożyć kąpiel na ranek. Podróż, tą piekielną maszyną, była tak męcząca, że po przekręceniu klucza w zamku od razu położyłam się i zapadłam w głęboki sen.
Niestety nie spałam długo, ponieważ niespełna kilkanaście minut później obudził mnie piszczący dźwięk komórki. Mrużąc oczy, spojrzałam na nadchodzące połączenie. Niestety numer nie był mi znany. Ze złością odebrałam, myśląc, że jeśli okaże się to pomyłką, bez wahania ochrzanię tego kogoś po drugiej stronie.
- Christien? To ja Vincent… - Kiedy długo się nie odzywałam, męski głos dodał. – Pan Darcy.
- Vincent… – Wymruczałam nieco zaskoczona i usiadłam na łóżku. – Nie mogłeś zadzwonić jakoś rano?
W słuchawce usłyszałam jego przyjemny śmiech, przez co sama nie mogłam powstrzymać uśmiechu. Jeśli jeszcze kiedyś go spotkam, zabiję go za ten nocny telefon…
- Właśnie czekam na samolot do Stanów… – Po drugiej stronie zapanowała kompletna cisza, lecz kiedy długo się nie odzywałam, dodał: - Jadę do Susan…
Może o bardziej ludzkiej porze cieszyłabym się z tego, że zadzwonił specjalnie by mi się zwierzyć, lecz teraz marzyłam tylko o tym, by wrócić do łóżka.
- Dziękuje, że dzwonisz, by się tym ze mną podzielić, ale mogłeś naprawdę zadzwonić…
- Co? Nie, nie… Chciałem wziąć od ciebie jej adres.

Biorąc głęboki oddech, bez żadnych zahamowań podałam mu potrzebne dane i wymieniając kilka uprzejmości odłożyłam słuchawkę. Opadłam na łóżko i wtuliłam się w poduszkę. Susan pewnie nie byłaby zadowolona, że rozdaje jej personalia na lewo i prawo, ale nie zamierzałam się tym teraz przejmować. Najwyżej przyjaciółka urwie mi głowę jutro, teraz miałam do dokończenia jeden bardzo przyjemny sen z pewnym niezwykłym dżentelmenem…

poniedziałek, 22 czerwca 2015

* 8. Łaskawy los, szczęśliwy los, szczęśliwy los…

Łaskawy los, szczęśliwy los, szczęśliwy los…

- Wredny, podły… - Zaczęłam wyrzucać z siebie słowa pasujące w tej chwili do określenia Jack’a – chłopaka Susan. Jak mógł wysłać jej taki sms?! Baw się dobrze! To ona od wielu dni, czeka na jakąkolwiek wiadomość od niego, że się stęsknił, że ja kocha, a on śmiał wysilić się tylko na takie coś! - …wstrętny drań!
- Mam nadzieje, że nie mówisz o mnie?
- Nie. Mówię o tym durniu, z którym spotyka się Sue!
Ze złości, nie mogłam się powstrzymać i każde następne zdanie wypowiadałam podniesionym głosem. Sue potrzebowała teraz samotności, musiała się wypłakać, choć jeśli chodzi o przyjaciółkę, nie wiedziałam czy była zdolna do łez. Rozumiałam ją, przeżyła rozczarowanie, które przytrafiło mi się nie raz.
- Aż do teraz… - Rozmarzonym wzrokiem spojrzałam na Thomasa.
- Co aż do teraz? – Spytał zaskoczony i zaczął mi się dziwnie przyglądać. Machnęłam tylko ręką, jakby chcąc odgonić nieistniejące muchy.
– Chyba pora już udać się na spoczynek. – Powiedział, znów wchodząc w rolę sztywnego dżentelmena. Ja jednak, nie miałam zamiaru odpuścić tak łatwo.
Zagryzłam usta, w głowie opracowując cały plan działania. Kiedy doszliśmy do mojego pokoju wiedziałam, co robić. Opowiedziałam o wszystkim ukochanemu, który uśmiechnął się przebiegle, chwaląc mój plan.
- Chce się pani zabawić w swatkę, panno Bennet?
Och tak! Strzeż się Susan…

* * *

- Co?! – Wrzasnął, zaskoczony Darcy, gdy razem z Thomasem przedstawiliśmy mu po krótce nasz plan. Spojrzeniem upomniałam go, że nie znajdowaliśmy się w salonie sami. Obróciłam głowę sprawdzając, czy zwróciliśmy na siebie uwagę towarzystwa. Odetchnęłam z ulgą, ponieważ nikt nie przejął się jego wrzaskiem. Pan Collins spał sobie smacznie w fotelu, a jego żona uśmiechała się do swego odbicia w lustrze, co jakiś czas maczając usta w cherry. Poza nią była tylko jedna służąca, zajęta przecieraniem półek z porcelanowymi filiżankami. Darcy zmarszczył groźnie brwi. – Nie mam zamiaru podrywać kogoś, kto jest z kimś związany.
Opuściłam ramiona z bezsilności. Jeszcze chwilę, a go uduszę, jak Boga kocham! Westchnęłam, zbierając siły, by jeszcze raz powtórzyć mu to, co już mówiłam, a widocznie do niego nie dotarło.
- Susan nie jest z nim szczęśliwa. – Szepnęłam, zaciskając dłonie w pięści. Chociaż przeważnie byłam nastawiona pokojowo, aż świerzbiły mnie ręce by mu przyłożyć. Ten facet zawsze tak łatwo się poddawał? – Jack to playboy, i bezduszny drań. Kiedy Sue nas sobie przedstawiła, wydał mi się całkiem miły, lecz gdy tylko poszła do toalety ten kretyn zaczął mnie podrywać.
- A to dupek… - Stwierdził Thomas sucho patrząc na mnie zagadkowo. - Mówiłaś jej o tym?
- Oczywiście, że nie. Nie uwierzyłaby mi, albo pomyślałam, że chce jej go odbić.
- A co to da, jeśli jej powiem… –  Spytał Darcy cichym głosem, unikając mojego spojrzenia. - Co czuje?
- Będzie wiedziała, że nie jest ci obojętna i może się okazać, że także… cię polubiła. A z tego co widzę to cię lubi… Nawet bardzo lubi… – Stwierdziłam, nie bardzo wiedząc jak nazwać to wyczuwalne między nimi zainteresowanie. Zafascynowanie? Zauroczenie? – W każdym razie, nie możesz się poddać tak…  
Zamilkłam widząc, że Vincent bardzo poważnie rozważa naszą propozycję. Przecież nie chcieliśmy, by ją okłamywał, tylko wyjawił jej swe uczucia, więc nie wiedziałam, nad czym się tu zastanawiał. Po kilku minutach spojrzał na nas i pokiwał głową.
- Macie rację! – Przyznał, znów niebezpiecznie podnosząc głos. Moje pięści się rozluźniły. Jeszcze nigdy nikogo nie pobiłam, lecz tego dnia było mi wszystko jedno. – Nie mogę tak łatwo zrezygnować!
Uśmiechnęłam się, w myślach dziękując opatrzności, że miał w sobie tą odwagę i nie dał tak łatwo za wygraną.

* * *

Przez cały następny dzień nie spotkałam Susan. Parokrotnie, wiedziona jakimś impulsem, stawałam pod jej pokojem jednak bałam się zapukać. Po której z kolei wycieczce, zrezygnowałam z pomysłu pocieszenia, tłumacząc sobie, że jeśli będzie chciała o tym porozmawiać z pewnością do mnie przyjdzie. Jednak nic takiego nie nastąpiło.
Z mieszanymi uczuciami udałam się na kolację. Gdy weszłam do jadalni wszyscy byli już obecni. Zasiadłam obok Bingley’a i ukradkiem przyglądałam się przyjaciółce. Z grobową miną dłubała jedzenie na swoim talerzu. Podniosłam do ust kawałek czegoś, co wyglądało jak wołowina. Z trudem przełknęłam paskudne jedzenie, wyglądało lepiej, lecz w smaku było dalej ohydne. Przyjrzałam się płynowi, który wlano mi do filiżanki, zapatrzyłam się w blado-brązową ciecz tak intensywnie, że dopiero dotyk dłoni na kolanie mnie od tego oderwał.
- Herbata nie jest trująca. – Rozbawiony Tom jak na potwierdzenie podniósł swoją filiżankę do ust i nie skrzywił się ani trochę. Zaryzykowałam i faktycznie. Herbata nie zagrażała mojemu życiu, za to, to paskudztwo na stole oznaczało, że dzisiejszego wieczora znów będę głodna. Pomasowałam się po brzuchu, który jakby wiedząc, że już dzisiaj nic nie dostanie, zaburczał. Na szczęście, nie tak głośno by towarzystwo mogło to usłyszeć. Bingley czytając w moich myślach, lub słysząc ten dźwięk, chwycił pod stołem moją dłoń. – Coś wymyślę.  
Już miałam mu dyskretnie podziękować i spytać gdzie mamy się spotkać, kiedy gospodyni zastukała łyżeczką o kieliszek i wstała.
- Drodzy państwo, zapewne… - Przerwała gromiąc spojrzeniem Sue, która ciągle przewracała potrawę widelcem. Siedzący obok niej pan Darcy zareagował natychmiast i usunął go z jej dłoni. Po jej przeprosinach, pani domu kontynuowała swoją przemowę. – Zapewne ucieszy państwa wiadomość wydania balu zamykającego ten sezon.
Bal? Co za cudowna wiadomość! Z radości prawie podskoczyłam na krześle. Rozmarzonym spojrzeniem powiodłam do twarzy Thomasa. Ostatni wieczór w ośrodku w jego towarzystwie. Tańce, piękna muzyka… Zaczęłam się zastanawiać, co założę i z rozpaczą stwierdziłam, że już prawie każdą z sukien od pani Collins, miałam na sobie, jednak skarciłam się za takie myślenie, ponieważ nie suknia była tu najważniejsza. Powiodłam spojrzeniem po stole i aż się wzdrygnęłam. Miałam nadzieje, że zamówią jakieś jedzenie. Jeśli na przyjęciu podają takie koszmarne jedzenie, z pewnością będzie to klapa.
- Przyjdzie pan na bal, prawda panie Darcy? – Lady Mery z pewnością już szuka sobie towarzysza na bal. Jak to dobrze, że ta kobieta nie zainteresowała się moim Tomem. Uśmiechnęłam się przebiegle czekając na odpowiedź Vincenta. W myślach prosiłam, by powiedział tej babie, że wolałby towarzyszyć Sue.
- Nie jestem zbyt wprawnym tancerzem.
Jego odpowiedź trochę mnie ucieszyła, trochę zaś zawiodła. Gdy spojrzałam na przyjaciółkę, prawie roześmiałam się ze szczęścia. Jej oczy rzucały błyskawice w stronę Mery, co utwierdziło mnie w przekonaniu, że przystojny pan Darcy jednak nie jest jej do końca tak obojętny, jak próbowała to pokazać.
- Chce pan powiedzieć, że mam wykreślić ze swojego karneciku obiecane panu tańce?
Czułam się, jakbym oglądała jakąś wenezuelską telenowele lub walkę bokserską, której swoją drogą nienawidziłam. Kiedy Darcy długo się nie odzywał miałam ochotę czymś w niego rzucić. Obudź się!
- Nie to miałem na myśli.
- Niezmiernie mnie to cieszy.
Odniosłam dziwne wrażenie, że chciała go tylko sprowokować, jednak może się myliłam.
- Mimo to nie widać tego po pani.
Jego słowa ją zdenerwowały, mierzyła go nieprzyjaznym wzrokiem. Z wrażenia przyłożyłam dłoń do ust obawiając się najgorszego. Drugą dłonią chwyciłam pod stołem dłoń Thomasa, który bez wahania splótł swe palce z moimi.
- Proszę mi wierzyć…– Jej słowa rozbrzmiały echem po XXI-wiecznej jadalni. - Cholernie się cieszę z możliwości spędzenia czasu z panem.
Pani Collins krzyknęła upominając Susan za jej niewłaściwe zachowanie. Według mnie kobieta powinna się cieszyć, że Sue nie pobiła biednego pana Darcy’ego…

* * *

- Już pojutrze mnie tu nie będzie… - Szepnęłam w zamyśleniu oglądając z uwagę dłoń Thomasa. Miał takie smukłe i długie palce.
Leżałam pomiędzy jego długimi nogami, opierając głowę na męskiej piersi. Uwielbiałam te nasze wieczorne spotkania, mogliśmy bez skrępowania porozmawiać, lub po prostu pomilczeć, przy okazji badając nawzajem swoje spragnione dotyku ciała. To spotkanie było wyjątkowe, ponieważ ostatnie. Już nie spotkamy się w tym pokoju, w tej rezydencji, w tych czasach… Nieuchronnie zbliżałyśmy się do końca. Z jednaj strony chciałam tu zostać, z drugiej jednak musiałam przyznać, że stęskniłam się za Dorothy i Rose.
- Za kilka tygodni, gdy uporządkuje wszystkie sprawy spotkamy się w Brooklynie.
Już za kilka tygodni… Nie wiedziałam jednak, czy wytrzymam choćby godzinę bez jego dotyku. Przewróciłam się na brzuch czując, że jestem gotowa, by wyznać mu swoje uczucia, lecz gdy spojrzałam w cudowne niebieskie oczy, po prostu stchórzyłam.
Od wczoraj dręczyły mnie dziwne myśli. Znów zaczęłam w niego wątpić. Wiedziałam, że z jego strony to nie gra, lecz… Czy mógł się zakochać w kobiecie, którą znał od kilku dni?
- Nawet jeśli już nigdy się nie spotkamy, nie będę miała do ciebie żalu…
- Chris… - Położyłam mu palec na ustach nie chcąc usłyszeć tego, czego najbardziej się obawiałam.
- Nawet, jeśli niczego do mnie nie czujesz, proszę… Udawaj do samego końca…
Podniosłam się odrobinę, a gdy otworzył usta by coś powiedzieć, objęłam jego twarz dłońmi i złożyłam na rozchylonych wargach pocałunek, wyrażający całą moją miłość… Samotna łza spłynęła po mym policzku.
Już za niedługo dowiesz się czy uczucie, którego pragnęłaś jest tylko fikcją, czy istnieje naprawdę…   

* * *

Ze zdenerwowania, już od godziny, przemierzałam swój pokój. Nie mogłam usiedzieć w miejscu. Czas ciągnął mi się jak rozgrzany ser. Popołudniu służąca przyniosła piękną kremową kreacje, którą miałam założyć na dzisiejszym balu kończącym nasz pobyt. Kobieta obiecała zjawić się godzinę przed rozpoczęciem przyjęcia.
Po raz setny spojrzałam na zegarek, chcąc sprawdzić czy dziewczyna czasem o mnie nie zapomniała. Przecież dobrze wiedziała, że nie dam sobie sama rady z tym piekielnym gorsetem, gdzie ona jest? Po 15 minutach, dziewczyna się zjawiła.
- Dlaczego tak późno?! – Przywitałam ją od progu i łapiąc za ramiona, wciągnęłam do środka. – Ty wiesz, która jest godzina?!
            Pokojówka uśmiechnęła się pogodnie i zaczęła mnie przygotowywać.
Nie mogłam zrozumieć, dlaczego byłam aż tak zdenerwowana. Właściwie wiedziałam, lecz nie dopuszczałam tego do swojej świadomości. Dzisiaj był ostatni wspólny wieczór w tym towarzystwie. Już nigdy się nie spotkamy, w tym gronie… Bałam się tego dnia, wiedziałam, że wszystko się skończy i nie ważne jak bardzo bym płakała, czy wierzgała, czas niestety się nie zatrzyma.  Najbardziej jednak obawiałam się pożegnań. Daj spokój Christien! – Pomyślałam – Przecież zobaczysz się z Tomem za kilka tygodni, a jeśli dobrze pójdzie to i z panem Darcy’m.
- Wygląda pani wprost prześlicznie! – Nie zauważyłam nawet, kiedy dziewczyna skończyła mnie czesać. Krzyknęła, podskakując z zachwytu i klaskając w dłonie. – Wszyscy panowie, będą panią oczarowani!
            Wystarczy by jeden z nich był mną oczarowany, nie zależało mi na reszcie. Podniosłam spojrzenie do lustra i musiałam przyznać, że kobieta miała rację. Wsuwki, które wpięła mi we włosy, na zakończeniach miały malutkie białe perełki, przez co mój kok wyglądał niezwykle pięknie. Kremowa suknia spływała jak wodospad z mych bioder, aż do kostek. Uśmiechnęłam się pogodnie do dziewczyny. Teraz z całą pewnością byłam gotowa na ten ostatni wieczór…

* * *

Spojrzałam z uśmiechem na oddalających się Susan i pana Darcy’ego. Mężczyzna wyglądał dziś bardzo dostojnie. Nie żeby do tej pory wyglądał niechlujnie, lecz to wielkie wydarzenie, jakim było zakończenie sezonu, z pewnością i na nim odcisnęło swój ślad.
Przeszłam się po Sali pełnej gości, z których większość twarzy widziałam po raz pierwszy w życiu. Szukałam tylko jednej osoby, jednych najwspanialszych, niebieskich oczu…
Gdy już myślałam, że znalezienie go zajmie mi większą część wieczoru, usłyszałam przy uchu dobrze mi znany zachrypnięty głos.
- Szuka pani kogoś, panno Bennet?
- Szukam jednego eleganckiego i bardzo urokliwego dżentelmena. - Nie odwracając się uśmiechnęłam się szeroko, grając w jego grę. – Może pan go zna?
Śmiejąc się głośno, odwrócił mnie w swoją stronę. Jego oczy świeciły dziś bardziej niż zwykle, a uśmiech był piękniejszy. W czarnym stroju prezentował się wyjątkowo seksownie, z żalem zauważyłam, że zgolił swój niewielki zarost.
- Nie wiem panno Bennet, czy wypuszczę panią tego wieczoru z rąk. – Powiedział całując mnie w wierzch dłoni, nie spuszczając przy tym wzroku z moich oczu. – Ten dżentelmen musi się niestety obejść bez pani.
Właśnie zagrano pierwsze takty menueta, więc szybko dołączyliśmy do tańczących par. Ten taniec nie należał do moich ulubionych. Pary, co jakiś czas odłączały się od siebie, przez co rozmowa była utrudniona.
- Pod koniec tańca będę chciał się pani oświadczyć… - Jego wypowiedź została przerwana przez wykonanie kolejnej figury tanecznej. – I już teraz chciałem zapytać, czy nie wzgardzi pani moimi uczuciami.
A tak, oświadczyny! Pani Collins wspominała coś o tym na początku. Chociaż czasami z Thomasem nie zachowywaliśmy się według reguł, ustalonych przez właścicielkę, dzisiejszego wieczoru musieliśmy trochę pograć. Przedstawienie musiało trwać dalej. Niestety…
- Musi pan wiedzieć, że nie jest mi obojętny… I sprawi pan, że będę szczęśliwą kobietą, prosząc bym została jego żoną.
Ostatnie dźwięki tańca ucichły i po oklaśnięciu grupy muzyków, ruszyłam by zmniejszyć dzielącą nas odległość. Thomas schylił odrobinę głowę i chwycił delikatnie moją dłoń.
- Czy uczyni mi pani ten zaszczyt i zgodzi się za mnie wyjść?
Z radością przytuliłam się do jego twardej piersi. Mimo, że był to tylko pokazowy numer, poczułam się szczęśliwa. Zauważyłam, że Susan idzie z panem Darcy’m w stronę balkonu. Pewnie także chcą odegrać swoją rolę. Puściłam Thomasa i spróbowałam się odsunąć jednak on chciał jeszcze lepiej wykonać swe zadanie. Pochylił się i złożył na mych wargach namiętny pocałunek. Zapominając o mierzących nas wścibskich spojrzeniach, wzięłam jego twarz w swoje dłonie i pogładziłam jego gładkie policzki.
- Spadajmy stąd Chris… - Szepnął odrywając się ode mnie.
Tylko na to czekałam. Na ten jeden znak. Chwyciłam go za dłoń i pociągnęłam do wyjścia.
Wczorajszego wieczoru rozmyślałam o tym co chciałabym zrobić w tym ostatnim czasie pobytu w ośrodku. Doszłam do wniosku, że moje ciało rozpaczliwie pragnęło spełnienia, nawet jeśli intencje Thomasa nie do końca były tak czyste jak moje. Nawet jeśli miałabym potem płakać przez resztę życia i być nieszczęśliwa, potrzebowałam tego. Thomas okazał się pierwszym mężczyzną przy którym poczułam chęć do współżycia i nie chciałam zmarnować tej okazji. Postanowiłam już i tylko niechęć z jego strony mogła mnie odwieść od tego planu.
Przeciskając się przez tabuny gości, parłam do przodu, zmierzając do sekretnej kryjówki. Z szybkością błyskawicy pokonaliśmy tą odległość. Przed wejściem, rozejrzałam się po korytarzu, czy czasem nas ktoś nie śledził i weszłam pociągając za sobą Bingley’a.
Wczoraj wieczorem miałam dość czasu by zakraść się do gabinetu Collins i zwędzić jej odpowiedni klucz. Nie było to wcale takie trudne jakby się wydawało, ponieważ każdy z nich miał przyczepioną do siebie niewielką karteczkę z krótkim opisem pokoju.
Z prawego pantofelka wydobyłam malutki kluczyk i przekręciłam go w zamku.
- Od tej strony cię nie znałem. – Thomas szczerze zaskoczony tym, że jakimś cudem udało mi się zdobyć klucz, pochwycił mnie w ramiona. – Ale podoba mi się pani przebiegłość panno Christien…
Przyłożyłam spragnione wargi do jego ust, nie chcąc tracić ani minuty z czasu, który nam pozostał. Niemal od razu zaczęłam rozpinać jego ubranie. Nie pozostając mi dłużnym, począł czynić to samo. Po kilku chwilach moja suknia opadła swobodnie na podłogę, Tom automatycznie przesunął swe dłonie do sznurków gorsetu. W tym czasie zdążyłam zsunąć z jego ramion jedynie marynarkę. Na całym ciele czułam dreszcze, przez co moje dłonie nie mogły sobie poradzić z łatwym zapięciem.  
- Widzę, że potrzebuje pani mojej pomocy… - Ciężko dysząc oderwał swe usta od moich, odsuwając się o krok, ściągnął koszulę i ponownie przyciągnął mnie do siebie. – Moja Christien…
Roześmiałam się nerwowo. Już raz miałam przyjemność zobaczyć jego nagi tors, ale ten widok i tak mnie na jakiś czas ogłuszył. Prawie pożerałam wzrokiem ten cudowny widok. Dłonią pogładziłam niewielki zarost, nie mogąc się opanować by nie dotknąć jego twardych sutków. Przesunęłam dłoń na twardy męski brzuch, wsuwając palce za pasek spodni.
- Igra pani z ogniem, panno Bennet. – Jęknął, gdy tak gładziłam jego skórę. Chwycił delikatnie moją dłoń i ucałował jej wierzch. Pogładził moje ramiona i zsunął z nich ramiączka koszuli. Satynowy materiał spłynął z mojego ciała, upadając na podłogę. Zarumieniłam się, ponieważ miałam na sobie już tylko bieliznę, a Thomas tak pożądliwie się we mnie wpatrywał. Jego wzrok mnie peszył, ale nie miałam zamiaru się teraz wycofać, chciałam przekonać się jak wygląda ten fizyczny aspekt miłości, którego do tej pory nie doznałam. Widząc w jego oczach płomień przekonałam się, że on naprawdę mnie pragnął. – Teraz moja kolej…
Szybko odpiął zapięcie stanika i uwolnił skrywane przez niego piersi. Odruchowo podniosłam ramiona, chroniąc je przed męskim spojrzeniem.
- Na pewno tego chcesz? – Spytał, ciągle trzymając w dłoni bieliznę. – Jeśli nie jesteś na to gotowa, nie musimy się śpieszyć.
Chciałam, ale nieśmiałość spowodowana pierwszym pokazaniem nagiego ciała mężczyźnie, mnie sparaliżowała. Spojrzałam błagalnie w jego oczy. Wiedziałam, że wystarczy tylko słowo, by mężczyzna się wycofał.
- Chcę, ale… trochę się wstydzę.
- Chris… – Uśmiechnął się tym swoim zniewalającym uśmiechem, od którego miękły mi kolana. – Masz piękne ciało i nie musisz się go wstydzić.
Moje dłonie opadły. Szybko zamknęłam oczy, bojąc się, że zobaczę rozczarowanie na jego twarzy. Skarciłam się w myśli za to lekkomyślne postępowanie, jeszcze chwila tej twojej niepewności i facet zwieje!
- Christien… Spójrz na mnie.
Posłusznie otworzyłam oczy i aż pisnęłam. Nie zobaczyłam nic co mogłoby wskazywać, że jest rozczarowany moim ciałem, wręcz przeciwnie. Wpatrywał się we mnie pożądliwie, jakbym była najpiękniejszym stworzeniem jakie chodziło po tej ziemi. Och Tom, mój kochany Tom…
Przywarliśmy do siebie z nowa siłą. Gładząc moje nagie ramiona, całował z pasją moje usta. Jego język wtargnął w ich wnętrze, z pasją stykając się z moim, co zamiast speszyć i przestraszyć, raczej rozpaliło do granic moje pragnienie.
Nawet nie wiem, kiedy znaleźliśmy się na podłodze. Thomas przeniósł dłonie na moje piersi i zaczął je miarowo ugniatać. Uczucie było tak przyjemne, że aż jęknęłam. Gdzieś po drodze zniknął mój niedawny wstyd i zażenowanie, liczyły się tylko jego pocałunki i ten wspaniały dotyk męskiej dłoni.
Kiedy jego pocałunki przeniosły się na moją szyję, wygięłam ją, chcąc jak najpełniej zaznać tej pieszczoty. Jego dłonie powędrowały niżej, gładząc moje uda, a wraz z nimi przesunęły się także jego usta. Z niecierpliwością czekałam na to co nastąpi, zachęcająco wygięłam plecy w łuk. Thomas, chwile przyglądając się odstającym sutkom, wziął jedną z nich w usta i delikatnie przygryzł. Szeroko rozwarłam powieki, gładząc jego włosy. Przyjemność, którą niósł jego dotyk, była nie do wytrzymania. Zaczęłam wyszeptywać jego imię.
- Tom, proszę…
- O co mnie prosisz kochanie?
Zamiast odpowiedzieć spojrzałam na niego błagalnie. Dobrze wiedział o co proszę. Zsunął moją bieliznę i szybko pozbył się także swojej. Z ciekawością pożerałam widok nagiego męskiego ciała, mięśni jego klatki piersiowej, brzucha i ojej! Nie sądziłam, że to będzie aż tak zachwycające, że nie będę mogła oderwać od tego wzroku.
- Chris… - Jęknął, rozchylając moje uda. – Skarbie…
Przyciągnął mnie do siebie i wszedł we mnie jednym mocnym pchnięciem.
Słyszałam już dużo wersji pierwszego razu, lecz znacząco różniły się od tego co teraz przeżywałam. Nie był to aż tak silny ból, jak opowiadały mi koleżanki, a męskość, która znajdowała się we mnie, nie była uczuciem dziwnym, lecz tak przyjemnym, że szybko zapomniałam o niewielkim bólu i już kilka chwil potem, poruszyłam niecierpliwie biodrami.
Thomas zaśmiał się gardłowo, chwytając w dłonie moje biodra. Instynktownie oplotłam go nogami. Nasze usta znów się spotkały, łącząc się w namiętnym pocałunku. Oddaliśmy się pełnemu namiętności rytmowi znanemu ludziom od początku istnienia.
Kiedy uczucie spełnienia zbliżało się, wykrzyczałam jego imię i chwile potem Thomas opadł na mnie. Przyjemny ciężar – Pomyślałam z uśmiechem, gładząc jego włosy. Po kilku sekundach położył się obok i prawie od razu przyciągnął mnie do swej twardej piersi. Leżeliśmy na boku wpatrując się w sufit, a w pokoju było słychać jedynie nasze przyśpieszone oddechy.
- Cieszę się, że zaczekałaś na mnie Chris… - Pocałował mnie w skroń, potem w policzek by potem złożyć pocałunek także na mych ustach. – Dziękuje…
Chciałam odpowiedzieć mu coś romantycznego, co mogło się mówić w takich sytuacjach, lecz każde ze zdań jakie mi przyszło do głowy, wydało mi się zbyt tandetne i jakieś takie oklepane, więc postanowiłam wyznać to, co od kilku dni mi ciążyło.
- Kocham cię Thomasie… - Spojrzałam w jego niebieskie tęczówki i pogładziłam jego pierś. W tej chwili doszła do mnie moja głupota, no właśnie! – A jak ty właściwie się nazywasz?
- Och Chris! - Tom wybuchł śmiechem i przytulił mnie mocniej do siebie. Walnęłam go delikatnie w ramię. Dlaczego się ze mnie śmiał?! Okrutnik! On tez pewnie nie wie jak mam na nazwisko! Po paru moich jęknięciach w końcu się uspokoił. – Blake. Nazywam się Thomas Blake.
- Ładnie… Podoba mi się… - Zamyśliłam się i zrobiłam to, co prawie każda zakochana kobieta. Zestawiłam swoje imię z jego nazwiskiem. On jednak nie zapytał o moje nazwisko i to mnie trochę zastanowiło. – A ty wiesz, jak ja mam na nazwisko?
Spojrzał na mnie, a jego oczy podejrzanie się zwęziły, przez co myślałam, że znów zacznie się ze mnie śmiać, jednak on zrobił coś innego, czego się z goła nie spodziewałam. Przewrócił mnie na plecy i spojrzał na mnie tak jak jeszcze nigdy. W jego spojrzeniu było tyle miłości, że aż się przeraziłam.
- Kocham cię Christien Rain. – Szepnął z powagą, ale zaraz potem znów uśmiechnął się w sposób jaki uwielbiałam - A teraz mnie pocałuj…
Nie miała innego wyjścia jak tylko spełnić jego prośbę, poza tym, że sama od jakiegoś czasu miałam na to wielką ochotę.